Jesteś tutaj
Pragnę przypomnieć prośbę o nie dopisywanie się.
Chcę też zauważyć, że ta strona zjada moje akapity O.o
Mimo to życzę miłego czytania.
Rozdział 2
Czas płynął leniwie, a przygotowania do tajemniczej misji trwały już kolejną godzinę. Dice siedział na kanapie w zakurzonym pokoju patrząc jak dwie kobiety kręcą się po mieszkaniu zbierając różne, dla niego w większości zbędne przedmioty. Na stole stał talerzyk z ciasteczkami w kształcie kolorów występujących w kartach. Sięgnął po kolejne z nich, tym razem padło na trefla ozdobionego posypką cukrową. W czasie całej krzątaniny była tylko jedna przerwa na herbatę w trakcie której obie kobiety zaszczyciły go swoim towarzystwem, jednak nawet wtedy bardzo pokrętnie odpowiadały na jego pytania, lub zwyczajnie nie odpowiadały. Astra wyjaśniła mu jedynie, że muszą zdobyć materiały i w związku z tym powinni się udać w kilka miejsc. Pytał ją o inne szczegóły, ale kapelusznik zbywała go jedynie machnięciami dłoni i w końcu przestał pytać. Ostatecznie nie miał pojęcia na czym owa wyprawa ma polegać.
Kiedy w końcu się ściemniło, a pokój rozjaśnił blask pochodzący od stojących na nogach świec, coś w końcu ruszyło się w interesującej Dice’a materii. Chess, jak stwierdził, leżała wyciągnięta wygodnie na miejscu nad kominkiem, jakie było jej ulubionym miejscem odpoczynku. Ogon kotki poruszał się chaotycznym, ale płynnym ruchem. Ziewnęła przeciągle, przeciągając się ponownie. Spojrzała na mężczyznę i widząc, że jej się przygląda posłała mu biały uśmiech przerażająco ostrych kłów. Dice pośpiesznie odwrócił wzrok. Kotka intrygowała go. Była bardzo atrakcyjną kobietą, ale zbyt często zapominał o tym, że nie jest ona człowiekiem i może być poważnym zagrożeniem. Zresztą już pokazała co potrafi, a on nie chciał, by na nim zademonstrowała swe kolejne talenty. Astral również pojawiła się po chwili w pokoju. Miała na sobie ten sam strój co wcześniej, jednak kapelusz na jej głowie się zmienił. Obecny był znacznie większy, przewiązany wstążką barwi krwi do jakiej przyczepiony był kieszonkowy zegarek oraz okrągłe okulary. Po przeciwnej stronie ozdobnej wstęgi był przypięty duży, czarny znak pik.
- Możemy ruszać. – głos ciemnowłosego kapelusznika przeciął panującą ciszę.
Chess zamruczała głośno zeskakując ze swojego legowiska. Przeszła przez pokój zamiatając ogonem podłogę z której kurz wzbił się w powietrze. Dice też wstał i popatrzył po kobietach pytająco.
- Co tak długo szykowałyście? – zmarszczył brwi. Żadna z nich wszak nie miała ze sobą nic nowego. Astral jedynie przez ramie przewiesiła niewielką torbę związaną u wejścia. Nie ciągnął tematu, bo kobiety spiorunowały go spojrzeniami.
Chess podeszła do jednej ze ścian. Dice jakoś wcześniej nie zwrócił na nią uwagi w panującym pół mroku. Była ona ozdobiona arrasem przedstawiającym bliżej nie określone drzewo, albo krzak lub coś co było, a raczej mogło być rośliną. Kotka jednym pociągnięciem zerwała materiał który falując opadł na podłogę. Oczom całej trójki ukazały się portal drzwiowy, cały zamurowany. Chess wystawiła pazury i przeciągnęła nimi po zamurowanym wnętrzu przejścia. W ścianie powstały podłużne rusy. Kiedy kotka powtórzyła czynność w poziomie cegły zniknęły, a wnętrze portalu wypełniało białe mieniące się i połyskujące światło. Dice patrzył oniemiały. Właśnie na jego oczach został otwarty portal, jednak gdzie prowadził? Zobaczył znikający w blasku ogon Chess, a potem został pchnięty w światłość…
Jedyną mężczyzna pamiętał był palący oczy blask. Kiedy jego wzrok doszedł do siebie rozejrzał się w koło. Nie znajdowali się już w mieszkaniu.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytał wstając. Widział przed sobą Astrę i Chess, która wyglądała na nie zdrowo podekscytowaną. Kiedy wyjrzał przez ramię kapelusznika zobaczył jedynie wszędobylną zieleń drzew i krzewów wyglądających zupełnie normalnie.
- Jesteśmy w lesie. Masz problemy ze wzrokiem człowieczku? – Chess odezwała się jako pierwsza.
Dice spojrzał na nią oburzony. – Widzę, że jesteśmy w lesie! – fuknął.
- Cicho. – Astral skarciła sprzeczających się. – Musimy dotrzeć do miasta. – dodała odwracając wzrok od towarzyszy.
- Hrrrrrr, pierwszy przystanek? – dopytywała kotka, kołysząc ogonem. Bardzo szybko znalazła się przy ciemnowłosej.
- Jeszcze nie wiem, trzeba zobaczyć co się zmieniło i gdzie tak właściwie jesteśmy. – kapelusznik poprawił swój główny atrybut, który lekko się przekrzywił w trakcie podróży.
- Gdzie jesteśmy? – Dice nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. – Czyli nie zmierzamy w konkretne miejsce tylko podróżujemy na ślepo? Super. – jęknął kręcąc głową z dezaprobatą. Kiedy tylko zamilkł został powalony na ziemię przez Chess jakiej nie spodobała się reklamacja złożona przez mężczyznę w stosunku do jakości jej portali.
- Masz jakieś zastrzeżenia? – wysyczała, a jej źrenice zwęziły się do pionowych kresek ze złości.
- Chess, zostaw go. Będzie nam potrzebny. – Astra przewróciła z roztargnieniem oczami.
Kotka spojrzała na nią wojowniczo, ale kobieta nie miała zamiaru odpuścić, choć więcej się nie odezwała. Jedynie lustrowały się chwilę jakby sprawdzały kto dłużej wytrzyma. W końcu Chess z niezadowoleniem malującym się na twarzy dźwignęła się ze świeżo upolowanej ofiary i niezadowolona ruszyła drużką.
- Ehem. – Astral odchrząknęła znacząco, a kiedy kotka spojrzała na nią obrażona ta pokazała jej dłonią, że zmierzają w dokładnie przeciwnym do obranego przez nią kierunku. Kicia zniknęła warcząc coś pod nosem. Za to kapelusznik wyglądał na zupełnie usatysfakcjonowanego.
Dice pozbierał się z ziemi w międzyczasie. – To już drugi raz dziś. – skwitował. – Dzięki.
- I tak jest dzisiaj wyjątkowo milusińska. – odpowiedziała kobieta i razem ruszyli drogą. Szli tak dłuższą chwilę, a wszędzie naokoło były jedynie drzewa i szeroko pojęta zieleń. Krajobraz niewątpliwie był żywy, ale mężczyzna miał wrażenie, że mimo ciągłego ruchu zupełnie nie poruszają się na przód.
- Chodzimy w kółko, czy tylko mi się wydaje? – postanowił w końcu zapytać bo zaczynał czuć zmęczenie.
- W pewnym sensie tak. – padła odpowiedź.
- Co oznacza w pewnym sensie? – powtórzył dorównując kroku kapelusznikowi, który nie zmienił tępa marszu.
- To miejsce jest stworzone na bazie spirali. Droga zawsze jest jedna. – wyjaśniła.
- Przecież to niemożliwe. Jesteśmy w lesie. To by znaczyło, że wszystko co tu jest zostało zasadzone przez człowieka i to bardzo wiele tysiącleci wstecz. – Dice jako osoba twardo stąpająca po ziemi miał problem z przyjmowaniem do wiadomości rzeczy „nietypowych”.
- Mhm, tak właśnie było. Tyle, że nie trwało to aż tak długo. – Astral nawet nie starała się przekonywać mężczyzny.
Dice przez kolejną dłuższą chwilę prowadził swój monolog na temat tego jak bardzo niedorzeczne jest to co się mu sugeruje.
- Długo jeszcze będzie on tak paplać? – zabrzmiał głos tuż przy uchu kapelusznika.
- Jeszcze niema o czym paplać, ale za chwilę będzie miał dobry powód. – odpowiedziała ciemnowłosa. Doszedł ją cichy chichot.
Po chwili stanęli już u wyjścia z lasu. Znaleźli się na niewielkiej polanie. Przed nią znajdował się fragment muru z dwoma strażnicami strzegącymi bramy z ciemnego drewna, na której widniał symbol czarnego serca.
- Ej, to znak pik! Jesteśmy w królestwie kart? Tak jak w tej książce? – Dice ożywił się jeszcze bardziej.
- Nie ma czegoś takiego. Jesteśmy w królestwie Pik, po prostu. – zabrzmiał głos kocicy. Mężczyzna zamrugał, bo zupełnie zapomniał o krążącej wokół nich Chess.
- Idziemy? W końcu wejdziemy do środka. – powiedział z nadzieją.
- Dice, powstrzymaj swój entuzjazm, bo mnie drażnisz. – warknęła na niego Astra mierząc go złotym spojrzeniem. Rozległ się głuchy łomot metalu i brama uchyliła się nieznacznie.
- Chodź. – szarpnęła mężczyznę za rękaw. Szybkimi krokami przemierzyli polanę i wślizgnęli się przez bramę do środka. Tam czekała na nich Chess, która już rozgościła się w strażnicy. Siedziała na dwóch ciałach, prawdopodobnie ogłuszonych mężczyzn, z zadowoleniem oglądając hełm jaki miał jeden z nich i na koniec założyła go sobie na głowę.
- Zabiłaś ich?! – Dice aż pisnął, co jak co, ale o morderstwie mowy nie było.
- Nie bądź głupi. – stwierdziła ciemnowłosa wymijając mężczyznę i ściągając kotce hełm. – Przestań się wydurniać!
Chess zrobiła urażoną minę i silnym pchnięciem zamknęła bramę. – Dobra to co teraz?
Astra wyjrzała na zewnątrz. Mieli już widok na miasto, a w sumie jego ulicę. Dice wystawił głowę ponad ramieniem kapelusznika i aż otworzył usta. Przed nim malowało się miasto na bazie spirali. Tworzonej przez ciąg budynków między jakimi nie było żadnych przerw. Gdzieś w oddali na wzniesieniu po środku stał zamek, a przynajmniej na to wskazywał majaczący w oddali budynek z licznymi wieżyczkami i flagami.
Cała trójka wyszła na ulicę. Przechodnie nie zwracali na nich zupełnie uwagi. Wyglądali na zastraszonych i zapracowanych. Wyraźnie coś było nie tak.
Dice przyglądał się ludziom, którzy nawet na niego nie spojrzeli. – Też macie wrażenie, że coś tu nie gra? – zapytał swoje towarzyszki.
- Nigdy aż tak to nie wyglądało. – stwierdziła Chess, najwyraźniej też była zdziwiona tym co zastali.
- Chyba wiem już o co chodzi. – Astra zerwała ze ściany jakiś papier i przyjrzała mu się z interesowaniem…
Ostatnie komentarze