Jesteś tutaj
Dar północy
Dar północy
Opis świata: Schyłek 2014 roku, na świecie dochodzi do katastrofy biologicznej wywołanej przez grupę naukowców, którzy eksperymentowali nad metodą przedłużenia życia. Niestety ich dzieło wymknęło się spod kontroli i z jakiegoś dziwnego powodu, selekcjonowało ludzi na tych, którzy przetrwają i cieszyć się będą czymś na kształt nieśmiertelności i takich, którzy byli natychmiast eliminowani.
Uwagi: W opowiadaniu nie chcę żadnych zombie. Główny bohater - ten, którego wprowadziłem - ma przeżyć. Chciałbym, aby była wyraźnie zarysowana jego psychika. Zaznaczam sobie możliwość zgłaszania do kasacji dopisów, które nie będą spełniały normy. Linia fabularna nie jest specjalnie zarysowana, tak więc można poszaleć. Dar północy to lek nad którym pracuje jeden z naukowców, który przyczynił się do tragedii.
***
Wędrował tak po zrujnowanym mieście już trzeci dzień. Wędrowiec, którego imię niegdyś budziło miłość. Przemieszczał się powoli, gdyż każdy krok był niczym rozgrzany do czerwoności pręt wbity w stopę. Zatrzymał się dopiero na skraju placu, którym kiedyś dumnie kroczyły defilady. Krajobraz, którego nigdy nie zapomni raz jeszcze wlał się w jego serce. Setki przyjaciół, rodzina, bliscy. Ludzie z którymi spędzał wolny czas odeszli. Zostały po nich jedynie krwawe strzępy. Milczące dowody ludzkiego bestialstwa. Przyklękł na chwilę, po czym złożył ręce do modlitwy i czekał. Czekał na chwilę, gdy kula snajpera rozryje mu czaszkę i uwolni duszę od tego piekła…
Pomyśleć, że jeszcze tydzień wcześniej wiódł normalne życie. Był ojcem, pracownikiem fabryki i dobrą duszą towarzystwa. Nie interesowała go polityka, ani też sprawy zewnętrzne. Martwił się jedynie o los swoich bliskich, dla których chciał czegoś więcej. Niestety wystarczyła jedynie chwila, by wszelkie plany odeszły w zapomnienie, a miejsce szczęścia zajął ból.
Spojrzał raz jeszcze w kierunku zachodzącego słońca. Krwawa łza spływała mu po policzku. „Niech to już będzie koniec” pomyślał. Niestety miał to być dopiero początek…
Gdzieś w pobliżu rozgrywała się właśnie kolejna z tragedii. SIedmioletni Gregor trzymał w ręce mały, zielony przedmiot, który chwilę wcześniej wpadł przez dziurę w ścianie do pomieszczenia, w którym ukrywał się wraz z matką. Nie wiedział z czym ma do czynienia, ale mimo to jego dziecięca ciekawość kazała mu zbadać dziwne znalezisko. Oglądał go dokładnie, po czym upuścił na ziemię. Była to ostatnia rzecz, jaka zrobił.
Co z moimi dziećmi? Co ze znajomymi? A moja żona?
Tyle pytań, ale jak mam uzyskać na nie odpowiedź? Od genialnych naukowców, przez których wszyscy wkrótce zginiemy? Koniec świata w roku 2012 był bujdą wymyśloną przez Majów, ale w tym chyba naprawdę umrzemy.
Westchnął. Sięgnął do kieszeni po paczkę Malboro. Wyciągnął z niej papierosa i długo obracał go w rękach, nim wsadził go do ust. Zapalił. Jego ręce trzęsły się. Wspominał swoją żonę i uśmiechniętego Gregora. Niedługo miał skończyć osiem lat. Gdyby to się nie wydarzyło, byłaby impreza, dużo ciast, kłótnie rodzinne. To wszystko wydawało się takie nierealne.
Wtem gdzieś w uliczce między kamienicami coś się poruszyło. Zwierzę? Dawno nie widział żadnego. A może człowiek? Jakiś zabójca? Albo jakiś dzieciak, któremu cudem udało się przeżyć.
Rzucił peta na ziemię. Jeden tydzień i tyle się zmieniło.
Nie zaszkodzi sprawdzić. Czyż ciekawość nie jest rzeczą ludzką? Zdaje się, że dźwięk dochodził z wąskiego zaułka pomiędzy marketem, a komunalną kamienicą, więc udał się w tamtym kierunku. Ze względu na zapadający wieczór w tej ciasnej przestrzeni było jeszcze ciemniej.
Nie bał się.
Jego wrodzona śmiałość stawiała za niego kolejne kroki i przygotowywała organizm do wyostrzenia zmysłów. Korytarz wypluł go w patio powstałym pomiędzy innymi kamienicami i zapleczem sklepu.
Koniec. Ślepa uliczka.
Może jednak się pomylił? Może źle skręcił?
Moment... Znów ten dźwięk. Jakby ze śmietnika? Podszedł ostrożnie do wielkiego, metalowego kontenera, którego pokrywa była uchylona, ale jeszcze drżała, jakby od niedawnego używania. Chwycił metalowy uchwyt i odchylił pokrywę do tyłu. Spodziewał się śmieci, worków z odpadami, smrodu, ewentualnie ukrywającego się kota, ale nie schodów!
Wspaniale... czwarty dzień samotności zaowocował przygodą. Śmiać się, czy płakać? Wejść, czy odejść?
"Ale do czego wrócisz chłopie?" spytał sam siebie z nutą przygany. Nawet myślami nie chciał wracać do opustoszałych pokoi i cichych korytarzy. Jego rodziny już nie ma i nigdy nie wrócą. On sam im to zafundował... Zamiast chronić, naraził i teraz płaci cenę.
Pierwszy raz w życiu właził do śmietnika. W tym zrujnowanym świecie na pewno nie jest to dziwnym, ale wciąż odstręczającym. Wylądował z gracją na pierwszym stopniu i ruszył w dół przytrzymując się ręką ściany. Schody wkrótce się skończyły więc podążył korytarzem, który wił się niemiłosiernie i kończył uchylonymi drzwiami. Światło dawała maleńka żaróweczka, która nie dała rady oświetlić choć kawalątka przestrzeni wyzierającej zza drzwi.
Wejść, czy nie wejść?
Kogo tak naprawdę śledzi?
Ofiarę, czy zabójcę? Pakuje się w paszczę lwa, czy do borsuczej nory?
"No dalej! I tak nie masz nic do stracenia..." kusił go jego własny mózg. Miał sporo racji, a ciekawość naciskała na niego, jak pełny pęcherz w kolejce do złożenia zeznania podatkowego.
Wszedł do środka, z rękami uniesionymi nad głową, by dać znak, że nie ma broni. Był na 99% pewny, że kogoś spotka.
- Stać! - usłyszał jakby dziecięcy okrzyk.
Zatrzymał się pokornie i dał sobie poświecić latarką w oczy.
- Kim jesteś i jak tu trafiłeś?!
- Cywilem na spacerze. Zaintrygował mnie dźwięk dochodzący ze śmietnika. - Tak, to na pewno dzieci. Co tu u diabła robią? Chyba jest ich kilka, gdyż nagle dobiegły go gorączkowe szepty. Nic nie widział, bo cały czas świeciły mu w oczy. Skąd do licha miały okrętowy reflektor?
- Dobra zgaście to. Dajcie mu podejść, widzicie przecież że nie ma broni. - nowy głos. Chyba dziewczęcy. Czyżby liderem watahy była dziewczynka?
Zgasili reflektor i włączyli normalne światło z wiszącej u sufitu gołej żarówki. Rozejrzał się ostrożnie po pomieszczeniu. Wyglądało na to, że wylądował w piwnicy jednej z kamienic, do którejś ktoś naznosił materacy i lodówek.
- To wasza baza? - spytał.
- Nie twój interes - odpowiedziała dziewczynka i podeszła do niego zdecydowanym krokiem. Tak bardzo zdecydowanym, na jaki stać 11-latkę. Zauważył, że jest ubrana w kompletny dres z jakiegoś drogiego sklepu sportowego. Na nogach zaś miała zwykłe dziecięce adidasy, które świeciły przy zetknięciu z podłogą. W ręce trzymała procę, a amunicję do niej w postaci rozbitego szkła nosiła w torbie na pas, w której na co dzień narciarze nosili portfele i dokumenty. Reszta tałatajstwa nie była już tak schludnie ubrana. Nie miała też broni. - Usiądź tu. - pokazała mu jeden z materaców i usiadła obok. - Zanim cię wypuścimy opowiesz nam swoją historię...