Jesteś tutaj
Otulenie płaszczem chłodnym i drapiącym w kark. Mróz kłujący w oczy, wciskający się pod wełniane rękawiczki. Ściągam rękawiczki, żeby poszukać Twoich dłoni, ale Ty ich nie dotykasz. Ty trzymasz się od nich z daleka. A ja nie odważam się szukać.
Szadź na drzewach. Gałęzie zwieszające się bezwiednie, tworzące swego rodzaju osłonę przed mlecznym niebiem. Mróz smaga moje dłonie, liże wysuszone palce i zniszczone paznokcie. Nie szukasz moich dłoni, nie pragniesz mojego dotyku.
Zrewolucjonizowałam swój sposób działania. Zrewolucjonizowałam swój sposób myślenia. Od nerwowej i niepewnej myśli, od umykającego marzenia przechodzę do drżących czynów. W mrozie, na śniegu, w asyście czarnych wron dziobiących biały puch za naszymi plecami, bezwiednie poszukuję chłodnymi dłońmi Twoich.
Nie czuję Twoich palców, a Ty nie czujesz moich. W Twoich oczach widzę chłód otaczający nas wokół, a Twój dotyk jest obojętny i bezwyrazowy, nie stanowi odpowiedzi na moje nieśmiałe pytanie. Spuszczam głowę w rezygnacji. A potem ją unoszę, odważnie patrzę Ci w oczy. Przełykam ślinę, chcąc coś powiedzieć, wydusić z siebie słowa, które powinny wybrzmieć dawno temu...
Ale najpierw dostrzegam to w Twoim spojrzeniu. Dostrzegam w nich zupełny brak uczuć, których tak bardzo pragnę. Dostrzegam nicość, która wszystko wyraża, która mnie machinalnie odpycha... Bezwiednie puszczam Twe chłodne palce, cofam się i potykam. Upadam na śnieg, przestraszone wrony odfruwają.
Nie schylasz się, żeby pomóc mi wstać.
Ostatnie komentarze