Jesteś tutaj
Obudziłem się wyjątkowo wcześnie, jak na pierwszy dzień, w którym w końcu mogłem odpocząć. Te przyzwyczajenia z wczesnego wstawania do pracy kiedyś mnie wykończą. Wiem, że już nie zasnę i resztę dnia spędzę w piżamie wpatrując się przy tym tępo w ekran monitora. Naprawdę świetna alternatywa dla świątecznych porządków i całego tego zamieszania związanego z ostatnimi przygotowaniami do wigilii… No może nie ostatnimi, w końcu jest jeszcze parę dni. Dwudziesty pierwszy grudnia, czyli data, którą Majowie wybrali na koniec świata i co? Nic się nie stało.
- A zapowiadała się taka piękna apokalipsa… - Pomyślałem, po czym przeciągnąłem się leniwie. Łóżko tak strasznie kusiło, że grzechem byłoby mu odmówić. Niestety miałem rację, oka już nie udało mi się zmrużyć, spędziłem jednak kilka godzin na bezczynnym leżeniu i wpatrywaniu się w sufit. Dziwnie jakoś… Nie spodziewałem się, że nagle świat się zawali, ale byłem przekonany, że ludzie zrobią tego dnia coś głupiego, coś, o czym media będą od rana mówiły. Tymczasem ani w telewizji, ani w Internecie nie natrafiłem na nic, co świadczyłoby o tym, że ktokolwiek dał się ponieść zgubnej wizji apokalipsy, która wypełnić miała się właśnie dzisiaj.
Około południa zdecydowałem się opuścić mieszkanie i udać na jakieś zakupy. Pusta lodówka była najlepszą ku temu motywacją by wyjść na ten mróz, zwłaszcza, że po przeciwnej stronie stała wizja braku śniadania, o obiedzie już nie wspominając.
W potrzebie byłem i to dość konkretnej. W dodatku spodziewałem się wieczorem kilku osób, tak więc głupio byłoby witać gości z pustymi rękami. Może gdybym został w domu pięć minut dłużej, to wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Ostatnie komentarze